Plik do pobrania:   Łabęccy

 

Małgorzata K. Frąckiewicz

Uniwersytet w Białymstoku

Polskie Towarzystwo Historyczne

Oddział w Łomży

 

Historia rodu Łabęckich

(losy rodziny łomżyńskiej na podstawie wspomnień)

 

 

Słowa kluczowe: antroponimia, mieszczanie, Łomża, parafia łomżyńska, XIX wiek, metryki rodzinne.

 

Prezentowany w niniejszym opracowaniu materiał „zebrała na podstawie przekazów ustnych pani Lucyna z Zielińskich[1] Kucharska[2], emerytowana nauczycielka muzyki i śpiewu, w Grajewie”[3]. Zarejestrowała ona wspomnienia Marii Janiny Łabęckiej. Następnie przekazała je do „archiwum” Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Łomżyńskiej[4]. Materiał ten dotarł do mnie dzięki panu Czesławowi Rybickiemu, który z wyczuciem badacza dostrzegł w zarzuconym gdzieś tekście rzecz wartościową. Uważałam za swój obowiązek, by to wspomnienie opracować i spopularyzować jako badaczka antroponimów łomżyńskich, która zobaczyła w nim rzecz wzorcową dla historii rodów i rodzin związanych z mieszczańską Łomżą. W opracowanym przeze mnie Słowniku nazwisk łomżan (XV-XIX wieku) zrejestrowałam na podstawie źródeł nazwisko Łabęcki, które ma w nim taki oto opis:

 

ŁABĘCKI: Józef Łabęcki 1866, KAZŁ 112; nazwisko utworzone od nazwy miejscowości Krpłd: Łabędź, część wsi Dzików, przem. gm. Stary Dzików (za: SEM[5] cz. 3, s. 105); też od nazwy miejscowości Łabędy, Łabędzie (za: SHNO[6] t. I, s. 209) formantem –cki.

 

Zostało ono poświadczone tylko raz. Jednak poszukiwania oparte na przekazie ustnym doprowadziły do innych źródeł archiwalnych. Materiał wspomnieniowy, świadomie przekazany, by go utrwalono, ukazuje ciekawe dzieje jednego z rodów łomżyńskich. Jego zilustrowanie na podstawie wspomnień nie było zbyt trudne i może być traktowane jako przyczynek do tropienia genealogii innych rodzi i rodów.

 

  1. Z opowiadań Marii Janiny Łabęckiej, córki Pawła, syna Mikołaja

 

„Mikołaj Łabęcki, herbu Nałęcz[7], urodzony w Łomży, gdzieś około roku 1830[8], ożenił się z Francuzką, panną Celiną de Lacour. Mieli troje dzieci: najstarszy Stanisław, potem Paweł i córka Ludwika. Państwo Mikołajostwo przeżyli ze sobą zgodnie 30 lat. Mikołaj zmarł 8 grudnia 1908 r. w Wołoczyskach, kiedy przebywał u córki Ludwiki.

6 marca obchodził swoje imieniny, a sporo depesz gratulacyjnych z tej okazji przyszło już po jego śmierci. Lubił on odwiedzać swoje dzieci. Lato najczęściej spędzał w Finlandii u najstarszego syna Stanisława, który, mieszkając w Petersburgu, wybudował sobie wypoczynkową willę właśnie w Finlandii. Chętnie też jeździł do swojej ukochanej córki Ludwiki do Wołoczysk (na granicy Rumunii). Po powrocie miał zawsze wiele do opowiadania.

Państwo Mikołajostwo byli jeszcze na ślubie swego młodszego syna Pawła w Łomży w 1890 r. Tyle wiem o Mikusiu, jak nazywaliśmy dziadka, który został pochowany w Włoczyskach.

Pani Mikołajowa Łabęcka miała imię Celina (a może Cecylia?)[9] z domu de Lacour, podobno była harfistką. Ojciec jej, generał napoleoński i naukowiec, za zasługi dostał od cesarza zegar w stylu empire[10] (podobno było takich zegarów siedem), a gdy córka wychodziła za mąż – ojciec jej ofiarował ten zegar, który do dnia dzisiejszego zachował się w rodzinie. Matka zaś obdarowała córkę przepięknym szalem kaszmirowym, chyba pięciometrowym, a tak cienkim i delikatnym, że z łatwością można go było przeciągnąć przez obrączkę. Pani Celina założyła w Łomży pensję, dla „panien dobrze urodzonych” z wykładowym językiem francuskim. Pensja ta istniała kilka (czy kilkanaście lat) i nie utrzymała się, bo była zbyt kosztowna, a czasy były ciężkie, popowstaniowe (1863). Pani Celina miała uraz na temat swojej brzydoty i dlatego nie fotografowała się. Zmarła w Łomży w 1895 r. i została tam pochowana.

Akt zejścia Celiny (Celestyny) Łabęckiej, 287/1895, parafia w Łomży

 

1.2. Rodzina Mikołaja i Celiny Łabęckich

Najstarszy syn Mikołaja i Celiny z domu de Lacour – Stanisław, urodził się w Łomży.

Akt chrztu Stanisława, 92/1861

 

Po ukończeniu tamże gimnazjum klasycznego oo. wyjechał do Petersburga na dalsze studia. Tam ożenił się z Rosjanką – wdową z synem. Mieli jedną córkę, której dali imię Janina, dla upamiętnienia Janiny, córki Pawła (młodszego brata). Była zresztą bardzo podobna do niej. (Fotografia Janiny Stanisławówny z matką zachowała się w rodzinie). Żona Stanisława mówiła tylko po rosyjsku. Stanisław miał w Petersburgu bardzo dobrze zaopatrzoną, elegancką drogerię. Artykuły sprowadzał z Francji. Dwór carski zaopatrywał się tylko w jego magazynie. Był człowiekiem bardzo zamożnym. Jak widać w zachowanych fotografiach, był bardzo przystojny i elegancki. W rodzinie kursowała taka plotka, że gdy Stanisław przyjechał z wizytą do brata do Warszawy, to z miejsca zakochał się w swojej bratowej, pani Jadwidze, która rzeczywiście była piękną kobietą (fotografia zachowała się w rodzinie). Pan Stanisław nie chcąc pozwolić na rozwój takiego uczucia, prędko wyjechał. Było to przed ślubem z Rosjanką. Gdy urodziła mu się córeczka, nazwał ją Janiną, tak jak nazwała swą córeczkę piękna p. Jadwiga, żona Pola. Bracia korespondowali ze sobą. Ostatnia wiadomość od Stanisława przyszła w 1928 r. Donosił, że zabrano mu drogerię i był załamany.

Paweł Łabęcki, młodszy syn Mikołaja i Celiny z d. de Lacour urodził się w Łomży w 1858 r.

Akt chrztu Pawła Mikołaja, 299/1858

 

Ukończył, tak jak starszy brat, gimnazjum oo. Kapucynów w Łomży. Był bardzo uzdolniony. Szczególną sympatią obdarzał go ojciec wykładający języki klasyczne. Był to Grek z pochodzenia, z wykształcenia plastyk, rzeźbiarz. W dowód wyróżnienia, obdarował swego ucznia wyrzeźbionym w różanym drzewie krzyżem, przepięknej roboty, który do dziś jest w posiadaniu jego córki Janiny. Jest to naprawdę artystyczna praca.

Paweł Łabęcki miał niezwykle piękny głos, bas-baryton i kształcił się w Warszawie u prof. Mattia Battistiniego[11]. Występował w operze warszawskiej. Nazywano go polskim Szalapinem. Trwało to do 1890 r., nim Paweł Łabęcki nie zrezygnował ze swej (świetnej) kariery artystycznej, kiedy poznał piękną pannę Jadwigę Sieradzką z Różopola Podlaskiego. Oboje od pierwszego wejrzenia zapałali do siebie wielką miłością. Ojciec panny oświadczył, że nie wyda córki za „komedianta”. Musi on porzucić scenę i ukończyć Uniwersytet Warszawski – kierunek prawo. Kawaler zastosował się do tych warunków i 24 XI 1890 r. odbył się ich ślub w kościele Św. Krzyża w Warszawie. Zamieszkali przy ulicy Kruczej 13. W rok później urodziła się Józefa-Antonina. W 1914 r., po wybuchu wojny, wszyscy zostali wywiezieni w głąb Rosji do Saratowa. Tam też przeżyli Wielką Rewolucję.

W roku 1918 do kraju wróciła Janeczka Łabęcka z 86–letnim Janem Sieradzkim z Różopola, jej dziadkiem (teściem jej ojca). Jan Sieradzki urodzony 1822 r., powstaniec 1863 r., dekabrysta, za swoją działalność niepodległościową aresztowany i skazany na katorgę w Szlisselburgu, gdzie przesiedział około 20 lat, wyjechał z wnuczką 22 X 1918 r. z Saratowa. Zostali oni rozdzieleni z rodziną. Dojechali pociągiem sanitarnym do Orła, gdzie pociąg został zatrzymany. Polakom mówiono, że ich rodziny nadjadą z Saratowa. Zwrócili się do kolejarzy z pytaniem: Kiedy nadjadą? Kolejarze odpowiedzieli: „I wy uwierzyliście w to, że nadjadą – żaden pociąg już nie nadjedzie, to był ostatni pociąg z Saratowa do Polski”. Po przyjeździe do Polski skierowali się do Mariówki, gdzie przełożoną i założycielką Zakonu była siostra dziadziusia, Wanda Sieradzka. Dziadziuś bardzo się cieszył i z powrotu, i ze spotkania z siostrą, lecz niestety na trzeci dzień zmarł. Pochowany został w (Mariówce) Smogorzewie.

Od tego czasu Janinka zaczęła pisać listy do rodziców, wykorzystując wszelkie możliwości. Pisała do Saratowa, do Szwedzkiego Czerwonego Krzyża, lecz żaden list do nich nie dotarł, pomimo wytrwałego posyłania listów przez trzy lata. Rodzice wrócili w grudniu 1922 r. Przeszli kwarantannę, po której zostali eszalonem[12] odstawieni do Mińska Mazowieckiego, skąd się rozjeżdżali, dokąd kto chciał. Janeczka dowiedziawszy się, gdzie są, natychmiast się tam udała, zastała tam rodziców i chorą na zapalenie płuc siostrzyczkę Ziutkę, której niestety nie dało się uratować. Lekarze w Warszawie byli bezsilni. Pomagali bardzo znajomi, którzy mieszkali w ich mieszkaniu w Warszawie przy ul. Wilczej 2 pp. Rychłowscy. W stanie nierokującym nadziei przewieziono ją do Mariówki, gdzie 7 XI 1922 r. o godz. 23.50 zmarła. Lekarz ratujący ją do końca, płakał. Była bardzo piękna i bardzo utalentowana, szczególnie do muzyki i do naśladowania. Naśladowała świetnie charakterystyczne zachowanie się dziadka Kossakowskiego. (Babcia Sieradzka, żona Jana, była z domu Tchorzewska i miała siostrę Marię za hr. Kossakowskim[13]. Panny Tchorzewskie[14] miały brata Antoniego Tchorzewskiego, który zginął jako młody chłopiec w powstaniu 1863 r.)

Śp. Ziutka miała też i inne talenty – może by została pisarką, bo co wieczór opowiadała bajkę swojego pomysłu.

Po śmierci córki pp. Polowie Łabędzcy osiedli w Gocławicach, gdzie pan Paweł w cukrowni pełnił obowiązki jakiegoś kontrolera. Dostał mieszkanie i ogródek, ale tam właśnie zachorował i już nie pracował. Miał się starać o emeryturę „z łaski Prezydenta”. Powiedział „nigdy, z niczyjej łaski nie skorzystałem, więc i tym razem nie skorzystam”. Janeczka już wówczas była dyrektorką liceum pedagogicznego w Wysłowicach, miała 5-cio pokojowe mieszkanie, umeblowane bardzo kosztownymi meblami rodziców. Wszystko było rzeźbione ręcznie, gabinet był dębowy, sypialnie z jasnego drzewa, salonowe były pokryte czerwonym francuskim adamaszkiem; sekretarzyk mahoń z hebanem, obrzeżony srebrem – w stylu Ludwika (któregoś tam). Otwierał się obrotowo, jak otworzyło się ostatnią szufladę, to tam były skryteczki na biżuterię (czy listy miłosne). I właśnie tam, do Mysłowic, Janeczka zabrała rodziców przyklasnąwszy tacie, jego postawie.

Pan Paweł był zamiłowanym myśliwym i karciarzem. Kiedy był młodszy jeździł do kuzynów Podczaskich do majątku Niegocin. Najczęściej jeździł tam z wujem Franciszkiem Wodzyńskim, ożenionym z panną Prószówną córką wojewody (jakiego?).

Pan Paweł zmarł 29 VIII 1930 r. w Olsztynie (k. Częstochowy), (piękna historyczna miejscowość). Miał straszną astmę, więc przewiozła go do tego letniska w lesie, lecz tam były młode sosny i to go udusiło. Tam właśnie zmarł i tam został pochowany, bo nie było warunków do przewiezienia go do rodzinnego grobowca w Łomży. Dla upamiętnienia została położona na grobie płyta.

Podczas drugiej wojny meble te wywieźli Niemcy, nic nie zostawiając.

Łabęcka Ludwika – trzecie i najmłodsze dziecko Mikołaja i Celiny de Lacour – Łabęckich. Urodzona w Łomży ok. 1860 r. Studiowała w Petersburskim Konserwatorium – fortepian. Ukończyła tę uczelnię z odznaczeniem i z brylantową gwiazdą. Wyszła za mąż za wdowca z dwojgiem dzieci, za p. Bruna.

Zajmował on stanowisko dyrektora (czy naczelnika) Komory Celnej w Włoczyskach na granicy rumuńskiej i tam mieszkali. Urodził się im syn, zwany „Tuzik”. Losy jego nieznane. Tam właśnie do tej ukochanej córki jeździł na lato i jesień dziadziuś Mikuś, i tam zmarł.

Jadwiga Łabęcka, żona Pawła, była córką Jana i Marii (z Tchorzewskich herbu Ślepowron) Sieradzkich, Herbu Rogala. Urodzona w Różopolu na Podlasiu (majątek posażny). Jej matką chrzestną była Józefa Tchorzewska, siostra jej matki. Na nauczycielkę panien Sieradzkich była zaangażowana młodziutka, świeżo po studiach pedagogicznych panna Maria Irena Korzeniowska[15] (późniejsza długoletnia przełożona pensji i nauczycielka w Łomży). Pani ta będąc już na emeryturze, pracowała jako wychowawczyni w internacie gimnazjum w Grajewie w okresie międzywojennym. Jadwiga Łabęcka miała talent malarski, ale nie lubiła się eksponować. Na jej fotografii z albumu rodzinnego jest napis uczyniony ręką córki o treści następującej: „W r. 1890 już była żoną Pawła Łabęckiego, mając lat 20”. Wynika stąd, że była urodzona w roku 1870. Dnia 24 III 2890 wyszła za mąż. Zmarła 7 XI 1922 w Mariówce i została pochowana obok dziadka Sieradzkiego Jana i córki Józefy Antoniny w Smogorzewie (cmentarz właściwy dla Mariówki).

Maria Janina Łabęcka, córka Pawła i Jadwigi z Sieradzkich. Urodzona 4 X 1891 w Warszawie. Wnuczka ze strony ojca – Mikołaja i Celiny (z d. De Lacour) Łabęckich, ze strony matki wnuczka Jana i Marii (z d. Tchorzewskiej) Sieradzkich. Babka Maria, córka Maksymiliana herbu Ślepowron, z Radomia, opowiedziała wnuczce Janeczce taką historyjkę z czasów swego narzeczeństwa. Kiedy dziadek, Jan Sieradzki, przyjechał do Różopola w konkury, zaraz po rekomendacji tata Maksymilian zapytał: „A jakiego to Waść herbu używasz?”. Pan Jan, student filologii polskiej, z natury b. dowcipny, z miejsca odpowiedział: „Wesz na bębenku fika koziołki”, a miał tytuł hrabiowski, którego nie używał. Widocznie pan Maksymilian miał również poczucie humoru, bo czarnej polewki nie podano. Jan Sieradzki był herbu Rogala, nie używał go, jak również swego tytułu, jakoby ze względu na to, że z tej rodziny biskupa powieszono, bliższych danych brak.

Ciocia Janeczka o sobie samej: „Miałam manię „poprawiania”. „Poprawiła” nowe, jakieś bardzo cenne kapy, „poprawiła” obraz malowany przez matkę (która miała uzdolnienia malarskie), „poprawiła” obraz, akta ojca (był adwokatem), robiła afronty gościom, którzy jej się nie podobali itd. Nie można powiedzieć, żeby to było miłe, grzeczne dziecko. Za to w późniejszym życiu wykazała się jako wspaniały człowiek. Można to wysnuć z jej wspomnień, choć nie lubi wiele mówić o swoich zasługach. Okres jej życia, od czasu, kiedy pochowała dziadka Sieradzkiego i siostrę Ziutkę w Smogorzewie, tzn. od 1922 r. wymaga specjalnego opracowania, co chcę uczynić zebrawszy dokładniejsze dane. Tymczasem zapiszę wspomnienia cioci z najazdu bolszewickiego…

Był rok 1920. Kobiety zapisują się do tzw. Służby Kobiet. Miały takie uprawnienie, że mogły zaczepiać mężczyzn i sprawdzać, czy należą do Wojska Polskiego. Jeśli nie, to go wstydziły, mężczyźni robili się czerwoni i uciekali. Nasi studenci – na Dworcu Wiedeńskim (Głównym) wypisali ogromny biały transparent, na nim wyrysowany młodzieniec, elegancko ubrany ze skórzaną torbą, a zamiast twarzy – łeb świński, nakryty eleganckim kapeluszem, a pod tym napis: „Choć wyjadą z Polski świnie, Polska będzie i nie zginie”. Wszystkie młode panny przeszły dwutygodniowy kurs sanitarny i skierowane zostały na front. Zapisało się bardzo dużo, mimo iż przyjmowano tylko po studiach wyższych. (Ciocia ukończyła studia pedagogiczne, potem historię). Z setek kobiet przyjęto tylko 50. Ja zdawałam z grupą lekarza ze Lwowa. Zostaliśmy skierowani do Ciechanowa. Zakwaterowano nas w szpitalu zakaźnym. Deputaty przydzielono oficerskie. Przywitały nas grzmoty artyleryjskie i ryki niedojonych krów, które wchodziły do wody dla ochłodzenia nabrzmiałych wymion. Dzieci masowo chorowały na czerwonkę. Pakowało się je do pociągów i odsyłało do Warszawy. To była makabra. Okien nie można było zamknąć, bo szyby leciały. Na drugi dzień, lekarz zląkł się i uciekł. Na punkcie zostałyśmy dwie, ja i młoda lekarka. Jakaś pani zaofiarowała się do pomocy. A tu wojsko nasze ucieka. Bolszewicy napierają. Lekarz kierujący zawiadamia, że wyjeżdża. Proponuje wspólny wyjazd. Ja się nie zgodziłam. Sytuacja z godziny na godzinę pogarszała się. Idziemy na stację, musimy się ewakuować. Na stacji nie ma żadnego pociągu. Jest godz. 12.00 w nocy. Ciemności egipskie. Groza. Nadchodzi pociąg z wojskiem – ostatni. Wsiadłyśmy do wagonu. Do samej Warszawy jechaliśmy w ciemnościach. 14 sierpnia 1920 r. o godz. 6 rano przyjeżdżamy na Pragę, a tu pełno powiadomień. „Ciechanów w rękach bolszewików”, „Rzeź w Ciechanowie”, „rabunek i gwałty, kolbami rozbijają dzieci”. A 15 sierpnia 1920 r. już było zwycięstwo… Poszłam do „opieki nad żołnierzami w szpitalach”. Ale jeszcze jedno wspomnienie z Ciechanowa, czego nigdy nie zapomnę, to – kościół przepełniony tłumem wiernych, wielu leżało z rozkrzyżowanymi rękami i śpiewali „Święty Boże”. To było wstrząsające. Z Warszawy wyjechałam do Łodzi, do szpitala. Razem leżeli nasi i bolszewicy. Chodziłyśmy i pytałyśmy, co taki ranny biedny żołnierz potrzebuje. Jeden z rannych nie chciał w ogóle rozmawiać. Zamieszkałam u kuzynów, skąd codziennie i kilka razy dziennie chodziłam do szpitala, robiłam zakupy, nosiłam kompoty załatwiałam korespondencję chorych. Ludzie dla szpitala dawali, co mogli, bezpłatnie. Nasi ranni prosili o krzyżyk czy medalik. Dostawali darmo. Bolszewiccy żołnierze prosili o to samo. Przynosiłam im na sznureczku. Ciekawa była rozmowa z tymi bolszewickimi żołnierzami z północnych frontów. Pytam, dlaczego wyście tak panicznie uciekali spod Płocka. Odpowiedź: „Była czarna mgła, a w niej Postać, my przelękliśmy się i zaczęli uciekać, a do nas z tyłu strzelali”. Płocczanie gorąco modlili się do Matki Boskiej o obronę. Zostali wysłuchani…

Ojciec mój, kochał Francję (atawizm), prenumerował stamtąd gazety i różne pisma. W jednej z tych gazet był taki opis: „jak Polacy rzucili się na Bolszewików z okrzykiem „psiakrew” – tak zwyciężyli”. (Jakoś trudno uwierzy, żeby polski żołnierz z takim okrzykiem szedł w bój L. K.) Tyle wspomnień cioci o wojnie z bolszewikami.

Ciocia Janka od 1919 do 1922 r. była nauczycielką w seminarium nauczycielskim w Mariówce. A co to była ta Mariówka? Był to Zakon Służebnic N. M. Panny, założony przez Wandę Sieradzką, rodzoną siostrę dziadka Jana Sieradzkiego. Mariówka leży 4 km od Drzewicy, na drodze do Opoczna. Od Mariówki 5 km znajduje się majątek Gerlachów (fabryka wyrobów metalowych). Nazwa Drzewica pochodzi chyba od przepięknych lasów rozciągających się wokoło, 10 km od Mariówki jest stary cmentarz w Skrzynnie, a na tym cmentarzu stoi pomnik z takim napisem… „Swojemu parobkowi (nazwisko) za zasługi stawia ten nagrobek jego Pan”. To był napis na płycie stojącej, a na płycie leżącej na grobie, wyryto… „Gdyś ty stawiał ten nagrobek, on już nie był twój parobek, a tyś nie był jego panem, siedź więc trutniu cicho. Amen”. Napis autentyczny z relacji cioci Janki, która to czytała.

W okresie międzywojennym ciocia pracowała stale jako nauczycielka, początkowo w Łodzi, potem jako dyrektorka seminarium nauczycielskiego w Wysłowicach, aż do wybuchu drugiej wojny światowej.

W roku 1944 ciocia znowu znalazła się w Mariówce, będąc zaangażowaną w Ruchu Oporu. Opowiedziała taką przygodę z panną Gerlach. Obie pracowały w Ruchu Oporu. Ciocia niespodziewanie dostaje wiadomość, że pod Radomiem w rozbitym pociągu, znajduje się masa narzędzi chirurgicznych i materiałów opatrunkowych. Są koce, baryłki z marmoladą i koszule niemieckie. A tu w lesie, koło Gerlachów, są ciężko ranni i gwałtownie potrzeba narzędzi chirurgicznych i materiałów opatrunkowych. Te informacje dostarczył żołnierz węgierski, służący w Armii Niemieckiej. Ciocia dostała od węgierskiego oficera bryczkę i przewiozła to wszystko do Gerlachówny, która była łączniczką. Działo się to w okolicy Smogorzewa. Tyle wspomnień wojennych cioci.

Oddzielny rozdział należy się pani Janinie Łabęckiej, za jej pracę w oświacie, za którą otrzymała najwyższe odznaczenie. „Medal Komisji Edukacyjnej”. Oprócz tego ma Złoty Krzyż Zasługi, Krzyż Walecznych i inne, których nie pamiętam. Wiem, że przyczyniła się wielce do organizowania szkolnictwa na Śląsku po pierwszej wojnie światowej. Na ten temat, to już trzeba dokładnie napisać, bo to wszak historia szkolnictwa polskiego.

Na zakończenie tych moich nieudolnych, ale mozolnie zebranych informacji, chcę powiedzieć, że choć spora odległość koligacyjna leży między mną a ciocią Janką, to mamy wspólnie po kropelce tej Łabędziewskiej krwi. Wszak moja prababka – Maria Kajlińska, z domu Łabęcka była rodzoną siostrą tego kochanego dziadziusia, Mikusia Łabęckiego (mojego ciotecznego pradziada).

Wspomnienia cioci Janki o Kazimierze Iłłakowiczównie.

Jest to akurat Niepodległość. Znała ją osobiście. Ataki na Piłsudskiego. Iłłakowiczówna napisała również coś przeciwko „Dziadkowi”, jak nazywano wówczas Piłsudskiego. Nie wytrzymała tego Morsztynowa, wielbicielka „Dziadka” i napisała wiersz paszkwil na Iłłakowiczównę, pod tytułem „Wyszła liszka spod kamyczka”. Iłłakowiczówna bardzo to przeżyła. Została osamotniona. Trochę ciepła dali jej szwedzcy literaci, którzy otoczyli ją serdecznością i wyjechała za ich namową do Szwecji. Kiedy wróciła do Polski, to Związek Literatów przyjął ją chłodno. Była ciągle samotna. Dopiero w drugiej połowie swojego życia zaczęła pisać wiersze religijne, co widocznie podbudowało ją psychicznie. II wojnę światową spędziła na Węgrzech. Po powrocie napisała (wróciła w 1947 r.) piękny wiersz, który pamiętam.

 

„I znowu, znowu miłość, bezsensowniejsza niż wszystko,

do rozmokłych płaskich pól, do zrudziałych brzozowych listków,

byle jakich płatków, co nad drogami się chwieją,

do oczu szaroniebieskich bez łez i bez nadziei.

Był człowiek wolny jak duch, był człowiek smutny jak obłok.

Zniósł wszystko, co było trzeba i nic mu się już zdarzyć nie mogło.

Odczulił się od czułości, odżalił się od smętku,

I stąpał raźno i mocno i myślał jasno i prędko.

(…)”

 

I kawałek drugiego wiersza[16]:

 

„Teraz wszystko nieuchronne znów dokoła się zamyka:

popiół spalonych kości przylepia się do trzewika.

Każde źdźbło ciężkie od wspomnień, a każdy kamień – od krzywdy.

Oplata mnie polska tkliwość i już nie opuści mnie nigdy…”

 

„Wiersze te podyktowała mnie 93-letnia, moja kochana Cioteczka Janka Łabęcka. Jest starsza od Iłłakowiczówny o rok. Poetka zmarła 17 II 1983 r.

Ciocia Janina jeszcze żyje, choć ma już 95 lat (piszę to 19 III 1986r.). Ma świetną pamięć, jest od paru lat niewidoma, rozwiązuje ze mną krzyżówki. Mieszka w Gdańsku, ul. Tkacka 24, II piętro. Opiekuje się nią siostra Joanna, przysłana z Mariówki.

 

Ciocia Janka Łabęcka opowiada o rodzinie swojej matki Jadwigi z Sieradzkich Łabęckiej.

Różopole, to była posiadłość pp. Maksymilanostwa Tchorzewskich. Pamiętam, że pod oknami było pełno jaśminów, a przed gankiem ogromny klomb sztamowych róż. Pięknie tam było. Pani Tęchorzewska z d. Podczaska była bardzo zamożną panną i przypuszczalnie Różopole, to było wiano, a że p. Tchorzewski też nie był biedny, więc połączone majątki stanowiły dużą fortunę. Pamiętam nazwy niektórych majątków Tchorzewskich i Podczaskich: Niegocin (płockie), Gumno (płockie) Warszawska, Klimczyce. Jedna z tych pań z Klimczyc, wyszła za Boguckiego i mieli dwie córki. P. Bogucka wcześnie zmarła i dziewczynki wychowywały bony. Ojciec też wkrótce zmarł, ale wychował sobie wspaniałego administratora (to był bardzo duży majątek). Ten chłopak miał zaledwie ukończoną szkołę podstawową, ale był roztropny. Wspaniale administrował. Po śmierci rodziców, to starsza panna Bogucka objęła gospodarstwo, stała się dziedziczką par excellance. Była męska i ubierała się po męsku, jeździła konno, mocno wszystkich trzymała – taki kozak.

Natomiast młodsza – Maria – izolowała się absolutnie od siostry, zamykała się w jakiejś części dworu i tylko czytała i muzykowała. Przychodziła tylko na pożywienia. Maria była piękna, elegancka i ogromnie kulturalna, ale nigdzie nie bywała, a jeśli gdzieś była, co zdarzało się bardzo rzadko, to nie zabierała głosu w żadnej dyskusji – tylko mówiła „tak i nie”. I tak ją nazywano: „Panna tak i nie”. Starsza (ten kozak) wychodzi za mąż za swego administratora i rodzi im się syn, śliczny, podobny do ojca. Ciocia Tak-nie zajęła się kształceniem siostrzeńca, a po wczesnej śmierci siostry zajęła się jego opieką, objęła gospodarstwo i prowadziła je bardzo dobrze. Tatuś Cioci Janki był na pogrzebie „Kozaka”.

Dziadziuś Jan Sieradzki ukończył studia filologiczne na Uniwersytecie Petersburskim. Jako dekabrystę aresztowano go i początkowo przewieziono do Warszawy i osadzono w X Pawilonie. Kiedy go wypuszczono, ożenił się z panną Tchorzewską i w posagu dostał majątek Różpole. Miał jedną siostrę Wandę, która to była założycielką Zakonu Służebnic Marii w Wariówce. Dziadziuś ukończył polonistykę. Miał wszystkie dzieła, które wychodziły na bieżąco. Była to olbrzymia biblioteka, którą odziedziczyła matka Cioci Janki, kiedy Dziadek był powtórnie aresztowany (udział w konspiracji) i wywieziony do Szlisselburga, gdzie przesiedział do Rewolucji Październikowej, około 20 lat.

Państwo Janostwo Sieradzcy mieli trzy córki, Marię, Józefę i Jadwigę oraz dwóch chłopców Mieczysława i Władysława. Brat Mieczysław zmarł w 1894 r. podczas operacji wyrostka robaczkowego. Był studentem Politechniki w Rydze i należał do korporacji „Arkonia”. Brat Władysław ożenił się z panną Jadwigą Huzarską ze Szczuczyna, córką lekarza. Państwo Huzarscy byli bardzo zamożni. Mieli trzy córki. Najstarsza Janina kończyła Instytut Maryjski w Warszawie. Żona Władysława Sieradzkiego była bardzo ładna. Łączyła ich gorąca miłość do śmierci. Średnia panna Huzarska Janina była bardzo brzydka. Wyszła za bardzo bogatego, szastającego pieniędzmi mężczyznę, który okazał się być złodziejem i defraudantem. Zmarł w więzieniu. Rodzina nie utrzymywała z nim absolutnie stosunków. Kiedy Doktor zmarł, pani Huzarska przeniosła się z córkami do Warszawy. Była biedna. Najmłodsza córka była również ładna. Dostała pracę garderobianej w teatrze (miała pod opieką kostiumy aktorów). Wyszła za subiekta. Było im ciężko materialnie. Mieli dwóch synów i córkę Zofię, która wyszła za mąż za pana Kociatkiewicza. Zochna skończyła historię na Uniwersytecie Warszawskim.

Jerzy Sieradzki, syn Władysława ukończył prawo na Uniwersytet Poznańskim, a Stanisław budownictwo w Warszawie. Do wojny pracowali razem w Łodzi. W nocy wybuchu wojny wyjechali samochodem przez Rumunię i… ocknęli się w Brazylii.

Stanisław zmarł w Sao Paulo w 1981 r. Jerzy jest jakimś dyrektorem, zarabia wspaniale. Wygląda z tego, że wrócił do kraju i pracuje jako adwokat. Wybudował sobie willę pod Łodzią. Stanisław ożenił się z ewangeliczką, córką fabrykanta, Jerzy zaś ożenił się z córką byłego wojewody łódzkiego – panną Biłykówną.

Tyle o rodzinie Sieradzkich.

P.S. O rodzinie pp. Huzarskich[17] pisał prof. Bohdan Winiarski w swojej książce pt. „Między Wissą a Pissą”, s. 49”[18].

 

 

Historia empirowego zegara[19]

 

Pradziad mój Francuzem był, w swej ojczyźnie Francji żył.

Był on z rodu tam znanego, z nauki, miecza wsławionego.

Pradziad ten jako „Grand Prix” dostał zegar ten w Paris.

Za co dostał i dlaczego? – nie wiem, więc nie piszę tego.

A Prababka de Lacour, dała jednej ze swych cór.

Ta zaś była Babką moją z bocznej linii również Twoją.

Babcia wzięła zegar ten, gdy jechała hen za Ren,

By poślubić Dziadka mego, Mikołaja Łabęckiego.

Mieli oni synów dwóch, a że Pol był wesół zuch

Do ożenku już gotowy, dostał zegar empirowy.

Pol Ojczulkiem moim był. Zegar dobrze szedł i bił,

Więc córeczce swej Janinie ofiarował go w daninie.

Ta Łabęckich kończy ród, co z Lacourów się wywiódł.

Tyś cioteczny Rysiu, bracie, więc tkwisz w onym antenacie.

Dzisiaj antyk przyjąć chciej, ku ozdobie sali swej.

Przetrwał cztery pokolenia, wart szacunku i wspomnienia[20].

 

„Po śmierci Ewarysta Bocheńskiego, Ciocia Janka przekazała zegar[21] ten Zbigniewowi Kucharskiemu (synowi Lucyny z Zielińskich Kucharskiej) prawnukowi Marii Kajlińskiej, rodzonej siostry Mikołaja Łabęckiego, a ciotecznemu wnukowi Janiny Łabęckiej”.

 

Zaprezentowany powyżej materiał, na który składają się spisane wspomnienia oraz załączone akty chrztu, ślubu czy zgonu (odnalezione w Archiwum Diecezjalnym w Łomży), to połączenie obrazu zachowanego w pamięci z dokumentami znaczącymi ślad istnienia człowieka. Zachowane w pamięci portrety osób, zdarzenia z życia jednej rodziny, jakieś zdaje się nieważne epizody tworzą tu obraz jednej z łomżyńskich rodzin mieszczańskich. Można je uznać za swego rodzaju paradygmat dziejów wielu rodzin złączonych z tym miastem. Losy tej rodziny splatały się z historią Polski, z doświadczeniami wielu Polaków. Poprzez dzieje poszczególnych członków rodziny i ich przeżycia dostrzegamy znaczenie relacji rodzinnych, wzajemny szacunek, poczucie obowiązku wobec siebie, wartość więzów krwi.

Odkrywanie wspomnień, uzupełnianie ich archiwalnymi materiałami źródłowymi, sprawia, że potwierdzamy i ocalamy wartości, które odzwierciedlają wzorcowe postawy członków rodziny, i zaświadczamy o ludziach, których potomkami są również dzisiejsi łomżanie. Wartość wspomnień rodzinnych jest cenna nie tylko dla członków danego rodu, lecz ma znaczenie w wymiarze społecznym, ponieważ jednostki tworzą społeczność. Dzięki wspomnieniom poświadcza się i utrwala przeszłość i tradycję, a więc służy zachowaniu pamięci i kształtowaniu tożsamości, która wzbogaca świadomość, uczy odpowiedzialności za przekazane dziedzictwo, mobilizuje do jego zachowania. A jak wiadomo: Edukacja jest najpotężniejszą bronią, jakiej możesz użyć, aby zmienić świat.[22]

Niechaj przywołane wspomnienia będą inspiracją i zobowiązaniem do zaciekawienia się dziejami własnej rodziny, do przywołania i poznania losów naszych przodków, a może do tropienia własnych korzeni, by zachowała się wierna pamięć także o nas samych, kiedy nas już nie będzie…

 

 

 

[1] W źródłach łomżyńskich pojawiają się następujące informacje: ZIELIŃSKI: Jan Zieliński przechrzta, syn Moska Ankielowicza 1809, KAUŁ 300; Teofil Zieliński wyrobnik 1862, KAZŁ 274; Feliks Zieliński wyrobnik 1872, KAŚŁ 31; nazwisko utworzone od nazwy miejscowości Wlkp: Zieleniec, kal., gm. Syców; pozn., gm. Swarzędz; Młp: Zielenice, krak., gm. Radziemice; Zieleniec, rad., gm. Głowaczów; Maz: Zieleniec, siedl., gm. Sadowne; Śl: Zielina, opol., gm. Strzeleczki; Krpłd: Zielińce, Zieleńce (za: SEM cz. 3, s. 228) formantem –ski.

Forma żeńska: Małgorzata Zielińska 1809, KAUŁ 215; Franciszka Zielińska 1811, KAŚŁ 47; Katarzyna Zielińska 1815, KAZŁ 135; Helena Zielińska 1865, KAZŁ 297; Maryanna Zielińska 1865, KAZŁ 160; Julja Zielińska 1876, KAŚŁ 21; Juljanna Zielińska 1876, KAŚŁ 8.

[2] Lucyna Zielińska-Kucharska, córka Sabiny z Kalałorów i Kornela Zielińskich urodzona 4 VI 1909 r. w Grajewie w Ziemi Łomżyńskiej.

[3] Wszelkie cytaty zaczerpnięto z maszynopisu tekstu pani Lucyny z Zielińskich Kucharskiej, która spisała wspomnienia o rodzie Łabęckich. Dokonano ich niezbędnej redakcji na potrzeby niniejszej publikacji.

[4] Taką informację podano w opisie.

[5] Słownik etymologiczno-motywacyjny staropolskich nazw osobowych, red. A. Cieślikowa, M. Malec, K. Rymut, cz. 3: Odmiejscowe nazwy osobowe, oprac. Z. Kaleta przy współudziale E. Supranowicz i J. Szymowej, Kraków 1997.

[6] Abramowicz Z., Citko L., Dacewicz L.: Słownik historycznych nazw osobowych Białostocczyzny (XV -XVII w.), t. 1., Białystok 1997.

[7] Raczej herbu Korab.

[8] Pamięć wspominającej odwołuje się do wydarzeń z historii Polski, z czasem powstania listopadowego kojarzą się jej urodziny Mikołaja.

[9] W jednym z aktów zapisano: Celestyna.

[10] Styl w sztuce czasów cesarstwa Napoleona.

[11] Doskonały baryton, Włoch, o którym czytamy: „W 1894 roku wśród Włochów w Ernanim Verdiego, a potem w tytułowej roli Rigoletta wystąpił doskonały baryton Mattia Battistini. Publiczność i krytycy oszaleli na jego punkcie; rzec można, że w Warszawie nastała era Battistiniego. To on właściwie dyktował repertuar. Opera polska bladła przy jego uwodzicielskim barytonie i wspaniałych kreacjach scenicznych”. Por. http://teatrwielki.pl/teatr/historia/opera-narodowa-w-warszawie/

[12] Tzn. wojskowa jednostka przewozowa.

[13] Nazwisko to pojawia się w Łomży w XVI wieku:

KOS(S)AKOWSKI: Josephus Kossakowski f. d. Pauli Kakowski capitanei polthoviensis et notarii Lomzensis 1556, RTA s. 103; Franciszek Kosakowsky 1628, LBŁ 346; Albert Kosakowski 1691, KAŚŁ 85; Woyciech Kossakowski vulgo Święta Dusza 1734, LMŁ 588; nazwisko utworzone od nazwy miejscowości Kosaki albo Kossaki w pow. łomżyńskim (gniazdo rodziny Kossakowskich) (za: NMK s. 199) formantem –ski.

Forma żeńska: Agnieszka Kosakowska 1637, LBŁ 1413; Brigitta Kossakowska 1732, LBŁc 48; Agnieszka Koszakowska 1749, LMŁ 1473; Maryanna Kossakowska 1873, KAŚŁ 68; Marianna Kossakowska 1876, WPRŁ 36; Antonina Kosakowska 1878, KOPŁ 14.

[14] Kolejne nazwisko dokumentowane w źródłach łomżyńskich:

TCHÓRZEWSKI: Jan Nepomucen Tchórzewski 1863, KAZŁ 107; Florian Tchórzewski 1869, KAZŁ 53; nazwisko utworzone od nazwy miejscowości Wlkp: Tchorzewo, dziś Torzewo, włoc., gm. Topólka (za: SEM cz. 3, s. 200) lub od nazwy miejscowości Tchórzew, Tchórzowa (za: SHNO t. II, s. 142) formantem –ski.

Forma żeńska: Jadwiga Tchórzewska 1869, KAZŁ 12.

 

[15] Ze źródeł łomżyńskich:

KORZENIOWSKI: Józef Korzeniowski 1832, KAUŁ 37; nazwisko utworzone od nazwy miejscowości Młp: Korzeniewo, dziś Korzenno, kiel., gm. Raków (za: SEM cz. 3, s. 83).

Forma żeńska: Walerya Korzeniowska 1830, KAUŁ 214; Anna Pelagia Korzeniowska 1833, KAUŁ 184.

 

[16] Jest to ciąg dalszy tego samego utworu I znowu…

[17] Znajdujemy tam taki oto zapis: „Drugim lekarzem w Szczuczynie, powiatowym, był Stanisław Huzarski. Niby lekarz, jak inni, a jednak był członkiem Towarzystwa Przyjaciół Nauk w dalekim Poznaniu. Dom był duży i towarzyski.  Dwaj synowie, Brunon i Jerzy, byli na studiach w Warszawie; jedna z córek, panna Janina, była panną na wydaniu; wkrótce przyłączyła się do niej młodsza, urodziwa panna Jadwiga, która ukończyła właśnie Szlachecki Instytut Maryjski – rzecz w społeczeństwie polskim wyjątkowa.”

[18] Chodzi oczywiście o książkę Bohdana Winiarskiego pt. Nad Pissa, Wissą i Narwią. Podróż sentymentalna, Kraków 1965.

[19] Tekst opatrzono dopiskiem: „Kochanemu Rysiowi Bochańskiemu dedykuję tę historię, ofiarowując zegar. Gdańsk 1962”.

[20] Pod tekstem znajdujemy zapis: (Wiersz sędziwej Janiny Łabęckiej).

[21] Przekazany w maju 1982 r. w Gdyni.

 

[22] N. Mandela.

19 total views, 1 views today

Zmień rozmiar